sobota, 14 lutego 2015

[Recenzja] Kingsman - The Secret Service


Oto proszę państwa kolejne spotkanie Vaughna, Goldman i Millara, ludzi którzy dali światu pierwszego Kick-Ass'a. Tym razem na warsztat została wzięta seria komiksów Kingsman (rysownikiem jest Dave Gibbons, ten drugi od Watchmenów), historia o szpiegach a'la James Bond z uniwersum Kick-Assa.

Czy mogło nie wyjść?

Oczywiście.

Ale wyszło zajebiście. 11/10 w skali funnu.

Film to hołd dla Bondów, podany w nowym sosie, bawiący się kalkami i tymi, no... "Tropes". Wszystko jest na swoim miejscu. Jest szalony miliarder oczywiście. Agenci-dżentelmeni o tak pięknej poprawnej angielszczyźnie, że miód sam spływa na nasze uszy. I niesamowici przeciwnicy z morderczymi broniami. Ale to jest też trio VGM, musieli zrobić to więc po swojemu.

Film zaczyna się od Dire Straits, pierwszych trupów, pierwszych wybuchów, pierwszej brutalności, która uzmysławia nam, że to jest jednak świat bez pardonu, i poznajemy bohaterów. Galahada (w tej roli Colin Firth, który jest po prostu tutaj chodzącym dystyngowanym seksem, a nie jakiś tam Grey) i jego młodego podopiecznego Eggsy'ego, którego to chce wprowadzić w świat tajnych służb.

Znacie te wszystkie durne filmy o super-fajtłapach, które są przeszkalani na super szpiegów? No to Eggsy... Nie jest ofermą. Ot, pierwsza niespodzianka. Jest młody i niedoświadczony, ulica daje mu w kość, ale ma zręczne palce, niezły refleks, kiedyś miał dobre oceny, mógł startować w olimpiadzie, chodził do szkoły wojskowej. Ale życie go nie rozpieszczało.

Zwróciliście uwagę na imię Galahad? Dobrze, bowiem agenci Kingsman mają tradycje związane z mitologią Arturiańską. Na czele organizacji siedzi Artur (niesamowity Michael Caine, aż trudno uwierzyć, że ma już ponad 80 lat), wspomaga ich Merlin (Mark Strong, kolejny powrót z Kick-Assa), a każdy szpieg to inne rycerskie imię (nawet jeżeli jest babą). Kiedy ginie jakiś Lancelot czy inny Gawain, na jego miejsce wybierany jest zastępca. I szkolenie takiego następcy, to jeden z wątków w tym filmie.

Inny filmowy wątek, to sprawa Richmonda Valentine, oraz odkrycie, co chce dokonać ten wieśniacki sepleniący megaloman i multimilioner ubierający się na 16-letniego hiphopowca. W tej roli... Samuel L. Jackson. Wszystko to (i kilka pomniejszych wątków) zazębia się ze sobą, dając ponad dwugodzinną wybuchową mieszankę.

Jak napisałem, pani i panowie VGM lubują się w artystycznej brutalności. Ten charakterystyczny szlif, którego zabrakło w drugim Kick-Assie (tam palców nie maczał Vaughn i Goldman), powraca teraz w pełnej chwale. Dobrze dobrana muzyka, dobrze dobrane efekty, ujęcia, wszystko to staje się baletem. Czasami też dziwną artystyczną makabreską. Jak to, co się dzieje, gdy Merlin używa pod koniec filmu swojej "magii".

Zresztą, co tu dużo mówić. W roli beznogiego ochroniarza Valentine występuje Sofia Boutella, znana u nas głównie z pewnej reklamy Nike. Aktorka może średnia, ale tancerka pierwsza klasa, i to co wyczynia swoimi kikutami w filmie... Hmmm :)

Inne efekty? Popatrzcie sami, czego się spodziewać po walkach, jeżeli nie boicie się tylko małych spoilerów (i ten ANGIELSKI, no żeż, ludzie tak pięknie nie mówią, no):


Coś jeszcze? A tak, gościnnie mamy też Marka Hamilla i Richarda Brake (szeryf z Knights of Cydonia).

I pamiętajcie. Manners maketh man.

3 komentarze: